Wydanie nr 171/2019, Czwartek 20.06.2019
imieniny: pokaż (8 imion)Bożena, Bogna, Rafał, Edburga, Gemma, Florentyna, Franciszek, Hektor
ReklamaKontakt
  • tvregionalna24.pl
  • zulawyimierzeja24.pl
  • tvsztum.pl
  • tvdzierzgon.pl

„Zawsze chciałem dobiec na koniec świata. No i chyba mi się udało". W cztery oczy z Bartoszem Mazerskim #19

„Zawsze chciałem dobiec na koniec świata. No i chyba mi się udało fot. Michał Kruczkowski
Obecnie bieganie staje się coraz bardziej popularne. Zarówno amatorzy, jak i profesjonalni biegacze, byliby w stanie wymienić mnóstwo zalet uprawiania tej dyscypliny. Kontynuując naszą serię wywiadów ze sportowcami, postanowiliśmy porozmawiać z jednym z najbardziej znanych i utytułowanych biegaczy w naszym regionie, Bartoszem Mazerskim. Jego historia pokazuje, jak można łączyć miłość do sportu z poznawaniem najróżniejszych zakątków świata. Z pewnością warto zapoznać się z tym, co ma do powiedzenia człowiek, który przebiegł maraton na każdym kontynencie naszej planety.

Masz na swoim koncie Koronę Maratonów Świata. Czy jest to Twoje największe osiągnięcie w dotychczasowej karierze?

Można powiedzieć, że jest to spełnienie mojego marzenia. W maratonie debiutowałem w 2001 roku, był to Maraton Warszawski. Powiem nieskromnie, że wygrałem tamten bieg z czasem 02:24:45. Chyba wtedy zamarzyłem o tym, żeby przebiec maratoński dystans na każdym kontynencie świata. Zajęło mi to siedemnaście lat. Tak jak powiedziałem, bardziej jest to spełnienie marzenia niż jakiś sukces, chociaż pewnie w kategoriach sukcesu też można to traktować.

 

Wiadomo, że niełatwo jest się dostać na każdy kontynent. Co było najtrudniejsze w ogarnięciu tego całego przedsięwzięcia?

Znam maratończyków, celebrytów, którzy potrafili Koronę Maratonów Świata zdobyć w rok, jak choćby Maciej Kurzajewski, który ma sponsora. Główną przeszkodą są finanse. Każdy taki wyjazd wiąże się z dużymi kosztami, wydatkami. Zebranie tych środków było największym problemem.

 

Podejrzewam, że poza samym bieganiem, zwiedzenie tych wszystkich kontynentów musiało być super przygodą życiową.

Na pewno, ja też tak traktuję bieganie. Pasję do tego sportu rozbudził we mnie tata, który był trenerem lekkoatletyki, a zarazem geografem. Mama również była nauczycielką geografii, dlatego oboje zabierali nas w dzieciństwie w piękne zakątki Polski. Zaszczepili chyba we mnie tę miłość do podróżowania i biegania. Tam, gdzie jadę, maraton jest jednym z celów, ale nie jest to cel nadrzędny. Staram się zwiedzić i zobaczyć jak najwięcej miejsc.

 

Które z tych miejsc zrobiło na Tobie największe wrażenie, a jednocześnie w których warunkach było najtrudniej biegać?

Zawsze, jak wracam z tych bardziej odległych miejsc, mówię sobie, że była to przygoda życia. Nie do końca tak to wygląda. Za każdym razem okazywało się, że ta przygoda życia jest dopiero przede mną i wierzę, że dalej tak jest. Opowiadając pokrótce o tych wyjazdach, przeżyciem na pewno był maraton w Korei Północnej, gdzie biegałem w stolicy, Pjongjangu. Nie powiem, że trzeba mieć szczęście, żeby wystartować za tą „żelazną kurtyną", ale jakiś zbieg okoliczności sprawił, że udało mi się biec maraton z okazji urodzin wielkiego wodza, Kim Dzong Una. Po drodze zwiedziłem też Pekin. Było to bodajże w 2007 roku, czyli niedługo przed Igrzyskami Olimpijskimi w chińskiej stolicy. Już wtedy wszędzie były stoiska z pamiątkami związanymi z Olimpiadą. Później była Antarktyda i konkurs Idee Kaffee Challenge. Był to taki konkurs na sportowe wyzwanie, sportowe marzenie. Wziąłem w nim udział, wystartowałem z projektem Korony Maratonów Świata, a konkretnie z maratonem na Antarktydzie. Dzięki głosom całej masy ludzi udało mi się ten konkurs wygrać. W nagrodę otrzymałem trzydzieści tysięcy złotych. Ta wygrana i tak nie do końca pokryła koszt wyjazdu na Antarktydę, bo jest to wydatek około dziesięciu tysięcy dolarów. Podczas tej wyprawy również miałem pełno przygód. Zwiedziłem Buenos Aires, polecieliśmy do Ushuaia, czyli najbardziej wysuniętego miasta na południe na świecie. Potem już płynęliśmy kilka dni takim lodołamaczem na Antarktydę. Było sporo zejść na ląd, gdzie można było spotkać pingwiny, lwy morskie i inne charakterystyczne dla tego rejonu zwierzęta. Najmniej zwiedziłem Amerykę Północną, bo był to tylko przelot na kilka dni do stolicy Texasu, Austin. Tam nie było zbytnio czasu na zwiedzanie. W Afryce biegałem maraton w Casablance, a także w Rabacie. Poznawanie tej kultury również było bardzo ciekawe. Następnie była Australia, gdzie odbywały się Mistrzostwa Świata Weteranów w Perth. Akurat w Australii zwiedziłem dużo. Zobaczyłem Górę Kościuszki, świętą górę Aborygenów Uluru, Sydney. Dwukrotnie byłem na Bajkale. Odbywa tam się Baikal Ice Marathon, czyli bieg po zamarzniętym jeziorze. Niesamowity był sam dojazd, bo jechałem wraz z przyjaciółmi koleją transsyberyjską. Dzień przed maratonem złamałem nogę podczas treningu, także sam wyścig obejrzałem z poduszkowca. Warunki były bardzo niekorzystne, było zimno, dużo śniegu, wiatr. Wróciłem na Bajkał rok później, zwyciężyłem z nowym rekordem trasy, 02:53:00. Myślę, że jeszcze się tam kiedyś pojawię, bo jest to magiczne miejsce. Mój ostatni maraton odbył się w Ameryce Południowej. Moim największym marzeniem podróżniczym było zobaczyć dziedzictwo kulturowe Inków, czyli Machu Picchu. Kiedy dowiedziałem się, że odbywa się maraton z metą właśnie w Machu Picchu, to wystartowanie tam stało się moim celem, który zrealizowałem w zeszłym roku. Poleciałem do Ameryki Południowej na trzy tygodnie, gdzie zwiedziłem Limę, pustynię Atakama, zobaczyłem z samolotu linie Nazca, byłem w Kanionie Colca. Ten maraton był chyba najtrudniejszy. Były bardzo duże przewyżeszenia, bo wbiegaliśmy na wysokość 4200 metrów. Może nie powiem, że brakowało tlenu, ale na pewno nie jestem przyzwyczajony do biegania na takich wysokościach.

fot. Biegaj z Bartkiem

Nawet po uzyskanym przez Ciebie czasie można wywnioskować, że maraton w Peru był nietypowy.

Tak, dokładnie. Mam na swoim koncie ponad trzydzieści maratonów, praktycznie wszystkie poniżej dwóch godzin i trzydziestu minut. Maraton w Peru zajął mi natomiast ponad osiem godzin. Możemy zatem wyobrazić sobie, jaka była skala trudności. Była to taka wspinaczka po schodach w górę, potem zbieganie w dół.

 

Pozostając przy temacie biegów długodystansowych, znalazłem ostatnio w książce Harukiego Murakamiego pt. „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" fragment, w którym autor powoływał się na wypowiedzi znanych maratończyków. Wynikało z nich, że duża część biegaczy ma swoje mantry, które powtarzają przy dużym wysiłku. Jedna z tych mantr brzmiała: „ból jest nieunikniony, cierpienie jest wyborem". Oznacza to, że przy długich biegach nie można uniknąć bólu, jednak to już tylko od biegacza zależy, czy wytrzyma. Czy zgadzasz się z tym, i czy sam masz swoje mantry, które powtarzasz w głowie, żeby wytrzymać?

Na pewno się zgadzam. Ja najbardziej cierpiałem w Australii i Peru. Maraton w Ameryce Południowej dedykowałem swojemu siostrzeńcowi i na trasie przy chwilach słabości rozmawiałem z nim. Czasami w trakcie maratonu modlę się, odmawiam zdrowaśki, Ojcze Nasz, czas wtedy szybciej płynie. Przy cięższych momentach mówię sobie też, że to tylko jedno czy dwa okrążenia wokół sztumskiego jeziora, gdzie biegałem setki, jeśli nie tysiące razy. To mnie podtrzymuje, dodaje siły i wiary.

 

Czy jest to w ogóle możliwe, żeby przebiec maraton bez większego wysiłku, mając wyznaczony jakiś cel?

To jest kwestia treningu. Jeśli jesteś bardzo dobrze przygotowany, to jest to możliwe. Miałem maratony, po których nie odczuwałem jakichś większych skutków. Możliwe, że była po prostu mniejsza konkurencja. Kto nie przebiegł maratonu, nie zdaje sobie jednak sprawy, jak ogromny jest to wysiłek dla organizmu. Im cięższy trening, tym łatwiej potem jest na maratonie.

 

Jakie cechy psychiczne, mentalne, powinien posiadać biegacz, żeby odnosić sukcesy?

Na pewno potrzebna jest taka konsekwencja w dążeniu do celu, systematyczność, nieustępliwość. Szczerze, to też nie jestem specjalistą od treningu mentalnego, dlatego niełatwo mi wskazać te cechy. Patrząc jednak po sobie, bardzo ważna jest cierpliwość. Jestem zwolennikiem małych kroków. Teraz każdy by chciał ten sukces szybko mieć, a tak się nie da. Ja pracowałem siedem czy osiem lat, żeby osiągnąć pierwszy sukces.

fot. Biegaj z Bartkiem

Jak często przytrafiały Ci się sytuacje, w których ponosiłeś jakieś porażki, w których nie wszystko szło po Twojej myśli? Jak sobie z tym radziłeś?

Ta moja kariera była intensywna, biegałem po dwa czy trzy maratony rocznie, ale miałem też dużo startów na tych krótszych dystansach. Nie miałem też większych kontuzji. Trening do maratonu jest bardzo monotonny, wszystko podporządkowujesz temu startowi. Musisz zrezygnować z wielu rzeczy, ciężko trenujesz, no i ja najwięcej błędów popełniałem w treningu. Teraz wiem, że trenowałem za mocno i później ten wynik nie był odzwierciedleniem tego, na co mnie było stać. Mój rekord życiowy w maratonie to 02:18:25, natomiast w półmaratonie biegałem 01:04:50. Myślę, że było mnie stać biegać maraton gdzieś w granicach 02:15:00, ale popełniałem te błędy treningowe. Za mocno, za dużo, bez odpoczynku. Dlatego też radzę, że nie można sobie dokładać, nie można się przetrenować. Jako trener prowadzę teraz Marcina Tura z Malborka, który naprawdę zrobił niesamowity postęp, ale to dzięki własnej pracy. Z trzech godzin zszedł do dwóch godzin i czterdziestu czterech minut. To też jest przykład dobrych relacji na linii zawodnik - trener. W pół roku nie da się zbudować jakiegoś wyniku, na to trzeba dwóch, trzech lat.

 

Myślę, że zarówno amatorzy, jak i profesjonaliści czerpią dużą przyjemność z biegania, jednak nawet ci najlepsi przyznawali, że czasami najzwyczajniej nie chciało im się wychodzić na trening. Czy u Ciebie takie sytuacje również mają miejsce?

Nie, ja cały czas czerpię z tego radość. Mogę powiedzieć, że jest to chyba takie uzależnienie. Po treningu człowiek jest o wiele spokojniejszy.

 

Jak obecnie wygląda Twoja treningowa codzienność?

Staram się biegać codziennie. Z racji innych obowiązków biegam troszeczkę mniej, ale staram się pewien poziom utrzymać. Objętościowo jest to gdzieś około siedemdziesięciu kilometrów tygodniowo. Jak zrobię w tygodniu sto kilometrów, to już jest bardzo dobrze. Kiedyś moje jednostki treningowe wynosiły dwieście kilometrów w tygodniu, gdy byłem na obozie sportowym, a normalnie od stu dwudziestu do stu pięćdziesięciu kilometrów.

 

Był jakiś przełomowy moment, w którym złapałeś tego bakcyla na bieganie?

Tata był trenerem. Wakacje u nas wyglądały tak, że jeździliśmy razem na obozy sportowe, tak samo w ferie zimowe. Chyba zawsze chciałem biegać. Ostatnio przygotowałem taką prezentację ze swoich maratonów dla uczniów. Mogę ją zatytułować: „Kiedy byłem małym chłopcem, zawsze chciałem dobiec na koniec świata". No i chyba mi się to udało.

fot. Biegaj z Bartkiem

Jesteś też trenerem. Ilu masz obecnie pod sobą zawodników?

Tak, jestem trenerem w klubie Zantyr Sztum. W przeszłości miałem zawodników, którzy osiągali bardzo dobre wyniki, zdobywali medale na mistrzostwach Polski, na mistrzostwach Europy. Wiadomo, w pewnym momencie chłopaki musiały dokonać wyboru, poszły na studia. Teraz wspólnie z innymi trenerami w klubie prowadzimy nabór, można powiedzieć, że od zera. Grupa jest dosyć liczna, od trzydziestu do pięćdziesięciu dzieci przychodzi na treningi. Okres szkolenia od dziecka do seniora jest bardzo długi. Trzeba być wytrwałym, trzeba też odpowiednio motywować zawodników. Obecnie mam zawodników na poziomie młodzika, powoli zaczyna to już fajnie wyglądać.

 

Czy trenerka sprawia Ci tyle samo frajdy co bieganie jako zawodnik?

Trenerem jestem już od wielu lat, nie mi też oceniać, jakim trenerem jestem. Trenerka sprawia mi dużo radości, dzielę się swoją wiedzą. Jako trener zauważam też to, o czym już mówiłem. Jest teraz ta tendencja, że każdy chce szybko osiągać sukces, a tak się nie da.

 

Czy do Zantyra może dołączyć każdy, jak wygląda rekrutacja?

Klub jest otwarty dla wszystkich, każdy może do nas dołączyć. Często potrzebny jest ktoś, kto wyłapie ten talent i pokieruje do klubu, bo rzadko się zdarza, żeby ktoś się zgłaszał samemu. Duża rola jest w nauczycielach wychowania fizycznego. Zależy kto, do jakiej szkoły trafi, bo każdy nauczyciel ma inną pasję sportową i zazwyczaj skupia się na swojej dyscyplinie podczas lekcji. Źródłem tego wszystkiego jest to, żeby rozbudzić tę pasję w dzieciakach.

 

Zahaczmy o temat samych miast, czyli Sztumu i Malborka. Jest w nich organizowanych sporo biegów. Jak Tobie podobają się te biegowe inicjatywy?

Biegi w Sztumie są organizowane praktycznie od 25 lat. Sam Bieg Solidarności najpierw odbywał się wokół jeziora, potem start i meta były w parku, następnie został przeniesiony do centrum miasta. W Sztumie mamy fajne miejsca do biegania, jest też ten cykl biegów Grand Prix. W Malborku bardzo fajną robotę wykonuje Rysiu Walendziak, który ma swoją wizję biegów. Jest Bieg z Okazji Dnia Kobiet, jest Malborska Liga Biegowa, Bieg Wałami Von Plauena. Tych biegów jest o wiele więcej. Fajną inicjatywą jest też półmaraton ze Sztumu do Malborka, sam w nim uczestniczyłem. Myślę, że trzeba to kontynuować. Ten półmaraton jest świetną promocją zamku sztumskiego, bo malborskiego promować już nie trzeba (śmiech). Bardzo fajne imprezy robi też Tomek Rychlecki, który w lipcu organizuje między innymi Półmaraton Bielika w Parparach, polecam wszystkim. Jest też coraz więcej biegaczy, także każdy znajdzie coś dla siebie. Zostaje nam tylko z tego się cieszyć.

 

No właśnie, jest sporo biegaczy amatorów. Czy uważasz, że ludzie rozpoczynający przygodę z bieganiem popełniają jakieś błędy, które mogą ich szybko zniechęcić?

Są osoby, które zaczynają biegać, ale po prostu stwierdzają, że to nie jest dla nich. Przecież nie każdy musi uprawiać ten sport. Moją radą jest to, żeby się od razu nie zniechęcać. Mam kolegę z Malborka, który nienawidził biegać, a teraz nie wyobraża sobie życia bez biegania. Ważny też jest dobór sprzętu, obuwia. Osobom, które wcześniej już miały tą styczność ze sportem, jest łatwiej, natomiast jeśli ktoś dopiero zaczyna, może być bardziej narażony na kontuzje. Jeśli miałbym polecić coś, co pomogłoby zwiększyć wiedzę ludzi o bieganiu, to na pewno byłyby to książki Jurka Skarżyńskiego. Są też programy telewizyjne, magazyny prasowe. Zawsze trzeba zachować rozsądek i spokojnie do wszystkiego podchodzić. Zacząć powoli od marszobiegów. Wszystko małymi kroczkami.

fot. Biegaj z Bartkiem

Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi biegowymi przygodami Bartosza, zapraszamy do odwiedzenia jego facebookowej STRONY.

Michał Kruczkowski
Podziel się:
Oceń:
Tagi

Zobacz więcej z kategorii Bieganie


Komentarze (1)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe i naruszające regulamin będą usuwane.

 
GMB
GMB 12.06.2019, 17:54
Świetny człowiek!!! Z pasją i miłością do tego co robi